7 listopada 2019

W poszukiwaniu dobrego męża i dobrej żony

Ewa Kuczkowska

Ewa Kuczkowska: doradca psychologiczny, specjalizujący się w problemie niechcianej samotności. Wygłasza prelekcje po Mszy świętej dla osób, którzy modlą się o właściwy wybór współmałżonka. Prowadzi też autorski cykl wykładów Akademii Dobrych Relacji.

 

Dlaczego jeszcze się nie spotkaliśmy? Czyli w poszukiwaniu dobrego męża i dobrej żony.

 

Raz w miesiącu (od 2010 roku) w kościele pw. św. Andrzeja Boboli w Sopocie odprawiana jest Msza święta z modlitwą o dobrego małżonka. Ta inicjatywa duszpasterza Wspólnoty Marana Tha, ks. Andrzeja Kowalczyka, diecezjalnego egzorcysty, od początku spotkała się z gorącym odzewem i to u przedstawicieli obu płci.

Po Eucharystii uczestnicy mogą wysłuchać krótkiej pogadanki o tematyce psychologicznej, przygotowanej przez niżej podpisaną. Mogą też bez przeszkód zrezygnować z wykładu. Z zadowoleniem stwierdzam, że prawie wszyscy uczestnicy zostają na tej nieobowiązkowej części, co jest dla mnie znakiem, że prezentowane treści uznają za użyteczne. 
Zamysł i plan pogadanek przygotowałam w oparciu o dwa założenia: 
• Czas bycia singlem nie jest czasem do przeczekania, lecz do intensywnego wykorzystania. 
• Aby prawdziwie poznać drugiego człowieka, trzeba najpierw poznać siebie.

 

Statystyki podają, że najczęstszym powodem rozwodów jest zły wybór partnera i brak dojrzałości do małżeństwa, czyli nierealistyczne oczekiwania względem związku. Doktor Elżbieta Sujak w swoich książkach dodaje, że głównym wrogiem wszelkich relacji jest niedostatek umiejętności komunikacyjnych. 
Tematy poszczególnych pogadanek dobieram tak, by pomóc słuchaczom wykorzystać czas życia w pojedynkę na poszerzenie samoświadomości, wypracowanie umiejętności poznawania i przyjmowania drugiego człowieka oraz na zaznajomienie się z zasadami skutecznej komunikacji. 

Czas dany i zadany

Jednym z większych paradoksów ery łatwych znajomości, smsów, maili, czatów i facebooka jest problem z nawiązywaniem głębszych relacji. W szczególnie trudnym położeniu zdają się być osoby wierzące, którym w tej dziwnej przestrzeni, aż gęstej od naskórkowych kontaktów, nie udaje się trafić na interesujące osoby o podobnym systemie wartości. Przedłużająca się i niechciana samotność ciąży im, popychając ku egzystencji prowizorycznej, której przyświeca dewiza „jakoś to teraz przetrzymam, a szczęśliwa/y będę potem, kiedy już znajdę tę wymarzoną/tego wymarzonego”. Takie myślenie jest jałowe i błędne. Czas życia w pojedynkę jest nasycony głębokim sensem. W żadnym wypadku nie należy go przeczekiwać, lecz intensywnie wykorzystywać. I to nie na wypatrywanie idealnego kandydata, a raczej na stawanie się samemu wymarzonym kandydatem. W ten sposób niechciane, puste dni napełnią się aktualną radością i staną się lokatą przyszłej pomyślności. 

Być całym jabłkiem

Idealnie dobrana para bywa często porównywana do dwóch połówek jabłka. To piękna, ale myląca metafora. Żadna osoba nie jest połową. Jej istnienie nigdy nie jest połowicznie. Czy w rodzinie, czy w pojedynkę jesteśmy tak samo kompletni i tak samo powołani do życia w pełni. Jeżeli tego nie czujemy, jeśli tak nie myślimy, to znak, że trzeba zakasać rękawy i wziąć się do pracy.
Jest taka anegdota przypisywana Janowi Himilsbachowi, któremu zaproponowano kiedyś udział w prestiżowym zachodnioeuropejskim filmie pod jednym wszakże warunkiem, że nauczy się chociaż podstaw angielskiego. Aktor naturszczyk pomyślał, pomyślał i zrezygnował. Zdumionym znajomym wyjaśnił: „A co będę ryzykował, ja tu się nauczę języka, a oni mnie jednak nie wezmą do filmu i z tym angielskim jak głupi zostanę”. 
No więc w przypadku naszych pogadanek takiego ryzyka nie ma. Nikt z nowo nabytą wiedzą jak głupi nie zostanie, bo jest to rodzaj płodnej rośliny, która zaowocuje w każdym życiu, niezależnie, czy zostanie ono spędzone w pojedynkę czy w małżeństwie.

Błędy do uniknięcia

S. ma 32 lata. Jest bardzo atrakcyjna, a przy tym towarzyska i finansowo niezależna. S. bardzo pragnie założyć rodzinę. Niestety, chociaż otacza ją rój mężczyzn, małżeństwo wciąż nie staje się faktem. Ilekroć S. zakocha się w którymś z wielbicieli, okazuje się on kimś oryginalnym, ale przy tym trudnym i skupionym na sobie. 
S. jest osobą wierzącą, modli się więc o małżonka, niestety bez skutku. Kolejne związki zawiązują się z fanfarami i rozpadają z hukiem. Bolesna tęsknota i lękliwe śledzenie biologicznego zegara powodują, że S. bywa głęboko nieszczęśliwa i smutna. 
W czym tkwi błąd? Wymieniłabym trzy główne powody: 
1. Mylenie zakochania z miłością. 
2. Nieznajomość prawdy o sobie. 
3. Brak umiejętności poznania innego człowieka takim, jakim jest. 
S. tak bardzo tęskni za miłością, że zakochawszy się, od razu cała oddaje się relacji. Nie angażuje się stopniowo, nie bada, czy mężczyzna jest godny zaufania, czy podziela jej wartości, nie stara się go prawdziwie poznać. Najpierw idealizuje wybranego, a potem, gdy ten któregoś dnia odłoży bukiet róż i ukaże swoją rzeczywistą twarz, S. spostrzega, że w życiu nie szukają tego samego. S. jest inteligentna, ale w tej dziedzinie ciągle popełnia identyczny błąd, jakby działała według nieformalnej definicji szaleństwa: postępując tak samo, oczekuje innych skutków. 

Miłość i zakochanie

Współczesna kultura oferuje nieprzebrane mnóstwo obrazów i utworów rzekomo poświęconych miłości, które w istocie mówią wyłącznie o zakochaniu. Wszędzie para pokazywana jest w fazie oczarowania. Jak w bajkach, które trwają, dopóki książę stara się o serce księżniczki, a gdy je zdobędzie, natychmiast następuje finał „potem żyli długo i szczęśliwie”. I tak oto historia kończy się w miejscu, w którym w realnym życiu prawdziwa miłość dopiero się zaczyna. Potocznie utożsamia się miłość z uczuciem. Jednak chrześcijaństwo uczy nas, że uczucie, owszem, może towarzyszyć miłości, ale nią nie jest. Natomiast stan zakochania jest jednym wielkim uczuciem. Dominikanin Rafał Skibiński pięknie go zdefiniował, mówiąc, że u zakochanych „chce mi się” zupełnie pokrywa się z „ja chcę”. Zakochany nie musi używać woli, by coś robić dla ukochanej, bo mu się to zwyczajnie chce. W miłości jest inaczej. Kiedy minie czar, mogą przyjść dni, gdy nie będę lubiła mojego wybranego, ale zawsze mogę go kochać. Nawet wtedy, gdy mi się nie będzie chciało z nim być, to świadomie ja będę chciała z nim być. 
Miłość jest postawą woli. Gdyby tak nie było, trudno byłoby ją ślubować, bo jak można przyrzekać coś, co od nas nie zależy? 
Kocham się w kimś czy kocham kogoś? To nie tylko kwestia gramatyki, lecz prawdziwa różnica. Zakochana osoba, przeglądając się w innym jak w zwierciadle, widzi siebie: czarującą, pociągającą, inteligentną i kocha się. Odwzajemnione zakochanie jest niezwykle łatwe i lekkie, bo wola i uczucia są w nim całkowicie zjednoczone. Odkrywamy, że życie we dwoje to łatwizna. Jakie to proste! A że innym związki się nie udają? Cóż, widać nie trafili na właściwą osobę. Nie znaleźli swojej połówki jabłka. 

Fazy miłości 

Rafał Skibiński OP w swoich tekstach wymienia trzy fazy miłości: 
1/ fascynacja (uczucia pozytywne skierowane do człowieka),
2/ rozczarowanie (uczucia negatywne skierowane od człowieka), 
3/ determinacja (postawa stałej życzliwości). 
Dwa pierwsze etapy są naturalne, przychodzą niejako same z siebie, trzeci natomiast jest kwestią wyboru człowieka. 
Zakochanie nieuchronnie mija. Pojawia się rozczarowanie. Charakterystyka wybranka, która w czasie zakochania wyglądała tak miło: „Jaki on jest męski! A przy tym mądry i stanowczy. Nie dla niego pusta paplanina”, nagle zmienia się diametralnie: „Co za obcesowy, nieczuły facet! A do tego milczek i uparty jak osioł”. 
Osoby niedojrzałe są pewne, że źródło odmiany leży w tym drugim. „Jak on się zmienił! Odsłonił swoją prawdziwą twarz. Przedtem taki nie był”. Czy rzeczywiście? Przedtem taki nie był? Jesteś pewna, że teraz widzisz go obiektywnie? A może zamieniłaś różowe okulary na czarne? 
Prawdziwie kochać możemy tylko kogoś, kogo znamy, trzeba więc dać sobie czas, by poznać tę dziewczynę czy tego chłopaka. A to możemy osiągnąć dopiero, gdy opadnie pierwsza fala zafascynowania i pierwsza fala rozczarowania. 
Poznać kogoś, a siebie samego ukazać w autentycznym świetle, to może niełatwa droga, ale przecież dróg nie ocenia się pod kątem ich wygody, lecz według celu, do którego wiodą. 

Do małżeństwa trzeba dwojga

Umieć zauważyć i wybrać odpowiedniego dla siebie małżonka, kogoś, z kim zdziała się więcej dobra niż suma tego, co obie osoby osiągnęłyby osobno, to oznaka dojrzałości. Dążąc do tej dojrzałości, przy okazji sami stajemy się godnym kandydatem do małżeństwa. 
W stanie zakochania trudno ocenić człowieka, gdyż kocha się raczej wyobrażenie drugiej osoby, a nie ją samą. Tak naprawdę zakochana para składa się z czterech osób: ona, on, wyobrażenie o niej i wyobrażenie o nim. Małżeństwo natomiast powinno się składać tylko z dwojga. 
Kiedyś usłyszałam w radiu rozmowę z księdzem, któremu umęczona słuchaczka w kółko zadawała to samo pytanie: dlaczego Pan Bóg pokarał ją tak okropnym mężem. Za co? 
– Na każdej modlitwie pytam się i pytam, ale Bóg nie odpowiada. I co ksiądz na to powie? 
– A czy pytała pani Boga przed ślubem, czy to ten właściwy? 
Tak, stanowczo lepiej pytać przed ślubem: Boga, swojego serca i przyjaciół. 
Pytać miłości, ale nigdy zakochania.

Ewa Kuczkowska

ks. Tyberiusz

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
99 0.047045946121216